Moja pani kupila mi Vetid

Dzisiaj moja Pani dostała sms-a od Vetid - mija rok od czasu poprzedniego szczepienia przeciw wściekliźnie. Jesteśmy umówieni za tydzień na kolejne szczepienie. I, przyznam szczerze, po raz pierwszy bardzo się z tego cieszę. Opowiem wam dlaczego.

Na imię mam Tobi. Jestem zwyczajnym mieszańcem, którego nowi właściciele adoptowali ze schroniska kilka lat temu. Zanim tam trafiłem, błąkałem się po nieznanych bezdrożach, bo nie zdążyłem w porę wsiąść do samochodu. Kiedy moi pierwsi właściciele odjeżdżali, na pewno nie zauważyli, że miejsce w bagażniku pozostało puste.

Najpierw myślałem, że ich dogonię. Biegłem ile sił w nogach za samochodem, głośno szczekałem ale auto nieubłaganie znikało za horyzontem. Nie zatrzymali się, nie usłyszeli… Ruszyłem w kierunku miasta, z którego mnie przywieźli ale droga była bardzo długa. Po pewnym czasie byłem zmęczony, zziębnięty i głodny. Na szczęście ludzie mają w zwyczaju wyrzucać ze śmieciami resztki jedzenia, więc żywiłem się odpadkami. Nie czułem się po nich dobrze ale postanowiłem, że za wszelką cenę wrócę do domu.
Kiedy opadałem z sił, chowałem się przed deszczem i chłodem w różnych zakamarkach. Niektórzy mnie przeganiali, inni próbowali zwabić do siebie. Ale ja miałem przed sobą tylko jeden cel. Po kolejnej nocy przespanej pod stertą starych desek, poczułem jednak, że straciłem swój zapał, a moja nadzieja na szczęśliwy powrót do domu całkowicie zniknęła. Straciłem orientację i siły, byłem wyczerpany. Zamknąłem oczy i marzyłem tylko o tym, żeby tułaczka się już zakończyła.

Zauważyli mnie chłopcy, którzy przechodzili w pobliżu. Przez chwilę rozmawiali o czymś ale oddalili się dość szybko. Byłem zrezygnowany. Jednak niedługo znów się pojawili blisko mnie. Tym razem przyszedł z nimi jakiś dorosły mężczyzna. Zawinęli mnie w koc, zabrali do samochodu i zawieźli do miejsca, które nazywali „schroniskiem”.
Tam spotkałem niezliczoną ilość innych psów. Jakie one opowiadały historie! Nie byłem jedynym czworonogiem, który zgubił się na spacerze. Niektórzy moi nowi znajomi twierdzili nawet, że ludzie mają w zwyczaju celowo zostawiać swoich przyjaciół daleko za miastem. Ale ja w to nie wierzyłem.

Na szczęście niedługo po kwarantannie do schroniska przyszła pewna Pani i Pan i wspólnie postanowili adoptować właśnie mnie. Na początku czułem się mocno skrępowany ale moi nowi Państwo okazywali mi wiele cierpliwości i czułości. Z każdym dniem nasza więź była coraz silniejsza, a ja czułem się po prostu szczęśliwy. Ale na spacerach zapobiegawczo bardzo się pilnowałem. Szczególnie w lesie. Prowadzili mnie co prawda na bardzo długiej lince ale starałem się mieć ich cały czas w zasięgu wzroku.
To, czego nie lubiłem najbardziej, to wizyty u weterynarza. Nie dość, że w poczekalni moi psi kompani potrafili opowiadać o swoich dolegliwościach okropne historie, to jeszcze pan doktor zwykł zaglądać mi tu i ówdzie, a to wcale nie należało do przyjemności. Nigdy nie mogłem przewidzieć, czy włoży mi coś do ucha, oka, czy może dla odmiany dostanę jakiś zastrzyk.
Tak było i tym razem. Przed wizytą moja Pani bardzo mnie uspakajała. Mówiła, że to szczepienie jest konieczne bo jeździmy na spacery do lasu i nie chce żebym był narażony na chorobę. Trudno, postanowiłem, że będę dzielny. Jakie było moje zaskoczenie, kiedy pod koniec wizyty pan doktor dołączył do mojej obroży prawdziwy medal! Dumnie, z podniesionym pyskiem, wychodziłem z gabinetu, a wszystkie psy w poczekalni wpatrzone były w mój błękitny order bohatera. Moja Pani mówiła o nim Vetid. Postanowiłem, że od tej pory zawsze będę tak odważny w gabinecie. W końcu uwierzyłem, że wszyscy chcą mojego dobra.

W nowym domu miałem swój własny, prywatny kącik, dobrą karmę, a moi Państwo dbali o nasz wspólny wypoczynek na świeżym powietrzu. Ale zawsze nosiłem na szyi swój błękitny medal. Starałem się odwdzięczać swoim Państwu i kiedy zostawałem w domu sam, broniłem go przed obcymi. Kiedy moi właściciele byli smutni, starałem się ich pocieszyć i być blisko. Moje życie byłe szczęśliwe.
W pewną lipcową sobotę, wybraliśmy się na piknik za miasto. Najpierw spacerowaliśmy wzdłuż rzeki, później usiedliśmy na polanie, dostałem miskę wody a Pani i Pan odpoczywali na kocu. Nagle zauważyłem w oddali obce zwierzęta. Obudził się we mnie instynkt obrońcy, nie mogłem pozwolić aby cokolwiek zakłóciło nasz spokój! Zerwałem się i ile sił w moich psich łapach pognałem w stronę drzew. Nawet nie wiem kim były te zwierzęta, nawet nie wiem co krzyczeli moi Państwo kiedy się oddalałem, wiedziałem tylko jedno: muszę zapewnić im bezpieczeństwo i spokój. Tak, jak oni mnie.

Nieznani przybysze byli szybsi ode mnie. Kluczyłem między drzewami idąc za ich tropem ale był on coraz słabszy. A ja zorientowałem się, że minęło już dużo czasu i zupełnie nie wiem gdzie jestem. Chciałem wrócić tą samą drogą ale zapachy mieszały się ze sobą, a ja wpadałem w coraz większą panikę. Przecież wiem jak to może się skończyć, przecież mogą na mnie nie zaczekać, przecież znam tą sytuację.

Byłem załamany. Przestałem biec, usiadłem i z bezsilności i strachu zacząłem cichutko skamleć. Ścieżką spacerowali jacyś obcy ludzie, na smyczy prowadzili psa. Moją uwagę zwróciła obroża, na której kołysał się purpurowy medal. Widać jego Państwo też zaprowadzili go na szczepienie i był dzielny tak samo jak ja. To napełniło mnie jeszcze większym smutkiem, nie miałem pewności czy znajdę drogę do domu.
Kobieta, która prowadziła psa, zatrzymała się na mój widok. Przez chwilę naradzała się ze swoim towarzyszem, a potem mężczyzna powoli zaczął zbliżać się do mnie. Mówił do mnie spokojnym głosem, chwalił, że jestem dobrym psem. Nawet nie wiedział jak lekkomyślnie się zachowałem. Prawdę mówiąc, było mi wszystko jedno. Pozwoliłem się pogłaskać, chyba liczyłem na to, że mi pomoże. Nagle mężczyzna dotknął mojego medalu, odwrócił się do kobiety i powiedział:
- Ma Vetid!
- Całe szczęście, dzwoń natychmiast! – odpowiedziała wysoka pani.

Mężczyzna najpierw stwierdził, że w sobotnie popołudnie na pewno gabinety są zamknięte ale jego towarzyszka powiedziała, że infolinia pracuje całą dobę.
Prawdę mówiąc, niewiele rozumiałem z tego co mówili, byłem zrezygnowany. Mój znalazca wyjął z kieszeni telefon i zaczął dzwonić na numer widniejący na moim medalu. Pierwszego telefonu nikt nie odebrał, drugiego też, trzeci numer był numerem przyjaciółki mojej Pani. Kiedy usłyszałem znajomy głos w słuchawce, serce zaczęło mi mocnej bić. Mężczyzna powiedział, że jesteśmy w pobliżu parkingu i rozłączył się. Nie wiedziałem czy ktoś po mnie przyjedzie, czy mam czekać, a może biec na spotkanie? Nie, tym razem cierpliwie zaczekam.
Po chwili telefon mężczyzny zadzwonił. Usłyszałem najpiękniejszy głos na świecie, to głos mojej właścicielki. Mówiła, że dostała sms-a z informacją, że zostałem odnaleziony. Szuka mnie od 20 minut, jest dość blisko i zaraz po mnie przyjdzie.
To było najdłuższe 30 minut w moim życiu. A potem najpiękniejsze powitanie. Radość była ogromna, byłem wdzięczny, że nie pojechali beze mnie.

Razem z państwem, którzy mnie znaleźli i ich piękną sunią o imieniu Aza, spacerowaliśmy jeszcze jakiś czas. Nasi Państwo rozmawiali o Vetid i o tym jak szybko się odnaleźliśmy. A my z Azą, rozmawialiśmy o naszych medalach. Zrozumieliśmy, że oprócz dowodu odwagi, zapewniają nam pełne bezpieczeństwo.